Od Autorki: No i od razu lepiej. Jak ktoś się udziela to i ja szczęśliwa i wena ma czym się pożywić. Mam nadzieję że się podoba. Lulu, jesteś najlepszą betą pod słońcem. Kochana Lulu.
Beta: Lulu-chan
Dedyk: Dla Kiry, Zosi i Emilki.
Obudziłam się po paru godzinach. Może to były minuty albo dni? Nie wiem. Nie orientowałam się już w czasie. Przez chwilę siedziałam na jasnozielonej trawie, a przed oczyma miałam mroczki. Wyobraziłam sobie tych biednych ludzi. Ale czy można jeszcze tak ich nazwać? No cóż... Nie mam pojęcia. Naprawdę nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić. Ciągle czegoś mi brakowało. Jakbym żyła teraz w śnie, nic nieznaczącym. Takim, z którego zaraz się obudzę. Zapamiętam to jak Alicja - Krainę Czarów. W końcu i ona przeszła na Drugą Stronę. Tylko ile jest tych Drugich Stron? A gdyby to jednak była tylko bajka? A co, jeśli nie? W końcu w każdej bajce można znaleźć coś prawdziwego. Jestem tu jak owa Alicja, zagubiona w swojej własnej "krainie czarów". Ruszyłam w stronę pięknego domku. Przypomniała mi się kolejna opowiastka. Któż szedł przez las i dotarł do baśniowej chatki? Tak, jestem taka oryginalna. To Jaś i Małgosia. Ciekawe czy bajkopisarze też tu kiedyś byli? Czy to, o czym piszą, widzieli kiedyś na własne oczy? Ja widzę: krainę czarów, mały domek z szarawym dymem, wydobywającym się, przez komin, z pieca, przy którym suszą się różnorakie zioła. Mimo wszystko widok domku i tego dymu tak bardzo kojarzył mi się z "Jasiem i Małgosią". Brakowało tylko jednego elementu - złej czarownicy... I może jeszcze Jasia, bo ja, mogłabym upodobnić się do Małgosi.
- I Mally mnie utuczy, i zje niczym zła czarownica. - Dopowiedziałam sobie pod nosem, gdy znajdowałam się w niewielkiej odległości od budynku. Coś zaśmiało się pomiędzy drzewami. Kto to mógł być? - Ja czarownicą? Starą? Poza tym nie zjem cie, choć przyznam szczerze, że wyglądasz apetycznie. Jednakże w trochę innym sensie. - Odrzekł owy głos, który jak się domyśliłam, należał do Mally. Dziewczyna wyszła zza płaczącej wierzby z koszykiem pełnym ziół w rękach. - Akurat poszłam zebrać trochę drobiazgów, rozumiesz przyprawy, dodatki do herbaty i tym podobne. - Powiedziała cicho, sprawdzając czy wszystko ma. Jakby nic się nie stało. Zupełnie nic...
- Popatrz na mnie. - Powiedziałam dość głośno, jednak z trudem powstrzymując się od krzyku. Gdy nasze oczy się spotkały, zauważyłam coś, czego nie powinno w nich być - otumanienia. Jakby ktoś podał jej silne leki. Dodatkowo wokół niej unosił się mocny zapach - jaśminu. Mimo to bardziej kojarzącego się ze snem. Długim, twardym snem bez snów. Takim, w jaki zapadają ludzie, gdy są załamani. Nie oznaczającym jeszcze śmierci, lecz coś równie strasznego. Obłęd. Raz byłam w psychiatryku, jednakże ten rodzaj zapachu zapamiętałam idealnie. Odór środków uspokajających dla wyjątkowo narwanych pacjentów. - Coś ty wzięła Mally? - Spytałam cicho, patrząc na jej oczy, teraz zasnute ponurą mgłą. - Zaparzyłam sobie herbatkę na uspokojenie, z ziołami z distrijskich ogrodów. Są najmocniejsze i najbardziej naenergetyzowane. - Stwierdziła, delikatnie uśmiechając się do mnie, ale jej uśmiech nie zajął zamroczonych oczu.
Złapałam ją zanim upadła na ziemię, mdlejąc. Wzięłam ją na ręce, zanosząc do chatki. Była leciutka. Może nie jak piórko, ale nadal mało ważyła. Położyłam ją na łóżku. Sama siadłam na fotelu obok i rozpłakałam się. Nie potrafiłam być twarda w takiej sytuacji. To za wiele jak na moje siły. Po prostu płakałam jak dziecko, patrząc na "śpiącą" dziewczynę. Już widziałam człowieka w takiej śpiączce - moją matkę. Kiedyś kobietę uśmiechniętą i patrzącą przez różowe okulary na otaczający ją świat. Jednak gdy ojciec zaczął pić... Miałam wtedy ledwie 10 lat. Mój brat - 8, zaś siostra - 7. To było straszne, gdy on ją złamał. Ta kobieta, która czytała mi bajki na dobranoc i nuciła piosenki o fantastycznych wydarzeniach, nagle wpadła w depresję i chciała popełnić samobójstwo. Nie zrobiła tego jednak. Upozorował to mój własny ojciec! Wylądowała w zakładzie dla psychicznie chorych, gdzie zapadła w ten sam sen i... już się nie obudziła. Lekarze nie wiedzieli dlaczego. Podobno zażyła coś, czego nie udało się wypłukać z jej organizmu. Ten sam sen pachnący jaśminem... Nie chciała, aby Mally umierała. Nie w ten sam sposób jak jej ukochana mama. Teraz, gdy znalazła kogoś, komu zaufała, prawie pokochała. Nie może zginąć, tak jak zginęła jedyna osoba, która do jej czasu, znaczyła cokolwiek w jej życiu. Teraz Mally jest dla niej wszystkim tak, jak jej matka kiedyś.
- Nie umrzesz! Dowiem się co wzięłaś i jak to cofnąć. Nie pozwolę i tobie odejść. Obiecaj mi, że nie umrzesz, że nigdy mi tego nie zrobisz. Muszę być pewna, że nie odejdziesz ode mnie nigdy. Nie bez mojej zgody. Nigdy. rozumiesz?! NIGDY! - Cały mój smutek zmienił się w złość. To dobrze, złość można wykorzystać jako siłę napędzającą, a smutek nie. Wstałam jakby w moje mięśnie wpłynęła nowa energia. Mogłabym przenieść wszystkie góry, byle by znaleźć rozwiązanie. Weszłam do pomieszczenia, w którym Mally trzymała wysuszone oraz sproszkowane zioła i kwiaty. Gdy doszłam do kwiatów, rozejrzałam się. Były tylko 3 słoiczki z czarnym wnętrzem. Otworzyłam pierwszy, powąchałam...
- O fuu! Śmierdzi jak zgniłe mięso. - Odłożyłam pojemniczek na półkę ze wstrętem. Wzięłam kolejny, tym razem delikatnie nabierajac powietrza, lepszy. Pachniał on wanilią i pieprzem. Trochę zakręciło mi się w nosie. Chyba to jednak nie to. No cóż, został ostatni słoiczek. Otworzyłam wąchając. Przypomniał mi się ogród z dzieciństwa. Ten moment, gdy babcia bujała się na huśtawce razem ze mną. Miała nowotwór, ale nie okazywała tego swojej wnuczce. To było ich ostatnie wspólnie spędzone lato. Wokół kwitnęły piękne piwonie. Właśnie tez zapach z dzieciństwa poczuła, gdy odkręciła wieczko. Po chwili, tak jakby w cieniu zapachu, gdy jedna łza wpadła do słoiczka, poczuła mdląco-słodką woń - "ten" sen. Była tego pewna. Przekręciła naczynie i przeczytała etykietkę.
- NIGRUM AGLAOPHOTIS. - Powiedziałam cicho. - Co to jest? Wyszłam na dwór i obejrzałam się. Jeszcze nigdy nie czułam się tak samotna. Ani po Tej, ani po Tamtej stronie. Po prostu nigdy. Znałam tu: Mally, która leżała nieprzytomna, Naoto, która zawsze jest tam, gdzie chce i nigdy nie wiadomo, gdzie, Jyou, którą ledwie znałam i nie byłam pewna czy mogę jej zaufać... Była jeszcze Omi, ale nie wiedziałam co o niej myśleć. Ostatecznie to ONA dała Mally przepis, przez który stało się to, co się stało. - Proszę, jest tu ktoś? - Spytałam przez łzy, prawie bez nadziei na odpowiedź. Jednak ta nastąpiła. I to nie od kogoś, kogo chciałabym teraz usłyszeć.
Popularne posty
-
Tytuł: Bańka Paring: Aoi x Uru (Die x Uru) Beta: Sadako-chan Postaci: The GazettE Od autorki: Witam moje potworki. Drugi miesiąc a ja ma...
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Podobało mi się, naprawdę fajnie się czyta. :)